opalaniesolariumo nasksięga gościwspółpracanapisz do naskontakt

„Grzeszny” podatek od opalania

Ataki na branżę solaryjną przybierają różne formy. Czasami ograniczają się do kampanii medialnej, a czasami przybierają bardziej zinstytucjonalizowane formy. W wielu europejskich krajach obowiązują zakazy opalania osób nieletnich, ogranicza się dopuszczalną dawkę promieni UVB. Amerykanie poszli jeszcze dalej, Od 1 lipca 2010 r. w Stanach Zjednoczonych obowiązuje nowy 10% podatek od opalania w solarium. To jedno z obciążeń nazywanych tam „sin tax”, czyli po prostu podatek od szeroko pojętej szkodliwości.


Wydawać by się mogło, że rządy zdają sobie powoli sprawę w wyników badań przeprowadzanych przez naukowców zajmujących się witaminą D3. Z jednej strony naukowcy ostrzegają nas przed bardzo niebezpiecznymi niedoborami witaminy D3, z drugiej – politycy wprowadzają przepisy, które potęgują strach przed słońcem i solarium. Za wszystkim stoi fałszywa statystyka i określone grupy interesów. W przypadku USA są to statystyki dotyczące rzekomego wzrostu zachorowań na raka skóry, które jednak nie mają wiele wspólnego z rzeczywistym zagrożeniem. Są jednak ściśle związane z nadużyciami w tamtejszym środowisku lekarzy dermatologów. Mimo wszystko okazuje się, że jest to niezwykle silna grupa nacisku, wspierana zresztą przez branżę kosmetyczną, która również ma interes w demonizowaniu solarium i opalania w ogóle.  Cała ta akcja może odnieść skutek odwrotny od zamierzonego – i już wkrótce rzeczywiście doprowadzić do wzrostu zachorowań na raka skóry. Jednocześnie promuje się bowiem kosmetyki ochronne blokujące dostęp promieni UVB,  które (w rozsądnych dawkach) przyczyniają się do produkcji witaminy D i naprawy szkód powstałych w skórze pod wpływem UVA.

Jednak w całym tym zamieszaniu nie chodzi przecież o zdrowie społeczeństwa, to po prostu kolejne zwycięstwo określonych grup nacisku. Co nowy podatek oznacza dla branży w USA i jak został przyjęty przez tamtejsze społeczeństwo? 


Wprowadzenie podatku związane jest bezpośrednio z reformą ubezpieczeń zdrowotnych forsowaną przez administrację Barracka Obamy. Z wstępnych wyliczeń wynika, że jej wdrożenie ma kosztować budżet USA ok. 940 miliardów dolarów na przestrzeni 10 lat. Szacowane wpływy z nowego podatku – również rozłożone na 10 lat - mają wynieść ok. 2,7 miliarda USD, co jest stosunkowo niewielkim procentem całości koniecznych kosztów. Niemniej jednak wzmocnienie budżetu nie było tu sprawą priorytetową. Gdyby było – ustawodawca zostałby raczej przy pierwszym pomyśle, czyli 5% podatku od operacji i zabiegów związanych z medycyną estetyczną (tzw. botax), który przyniósłby znacznie większe wpływy. Tylko że ten pomysł został skutecznie skontrowany przez firmy i organizacje związane z tą branżą – między innymi chirurgów zrzeszonych w Botox and the American Medical Association. To środowisko bez wątpienia dysponuje potężnymi środkami - zarówno jeśli chodzi o finanse jak i  szeroko pojęty wpływ na amerykańskie ustawodawstwo, poprzez grupy lobbystów. Jednocześnie sam pomysł objęcia podatkiem opalania w salonach solaryjnych był bardzo mocno wspierany przez Amerykańską Akademię Dermatologii. O tym kto wspierał Akademię nie ma ani słowa, można się jedynie domyślać.


Za i przeciw

 
Wprowadzenie podatku oczywiście zostało połączone z kampanią informacyjną, w której uzasadniano decyzję Kongresu. Nie obeszło się bez odpowiednio przefiltrowanych informacji na temat zagrożenia rakiem skóry, co było koronnym argumentem całej akcji. Wpisało się to doskonale w ogólną antysolaryjną atmosferę, trafiając na podatny grunt i zyskując poparcie w społeczeństwie. Często w komentarzach internetowych znaleźć można było głosy, że to „podatek od głupoty” oraz że nie ma co żałować osób nim dotkniętych, ponieważ chodzi wyłącznie o pieniądze wydane na rzecz zbędną i nikomu tak naprawdę niepotrzebną. Niektórzy zwracają uwagę, że – podobnie jak inne podatki tego typu – pomoże on utrwalać w społeczeństwie „pewne zdrowe nawyki”. Argument, podobnie jak pozostałe co najmniej dyskusyjny, ale niestety nie wzięty znikąd. Podobnie jak w Europie, branża w USA w pewnym sensie sama się podstawiła pod tą gilotynę i w powszechnym odbiorze społecznym funkcjonuje jako coś szkodliwego.


Pojawiły się jednak i głosy sprzeciwu – i to ze strony wielu różnych osób i środowisk. W pierwszej linii stoją oczywiście właściciele salonów solaryjnych, ich klienci oraz organizacje branżowe z ITA (Indoor Tanning Association) na czele. W nich podatek ten uderza bezpośrednio i nie chodzi nawet o samo obciążenie finansowe. Dodanie jednego dolara do każdych dziesięciu wydanych na usługę nie jest aż tak bardzo dolegliwe, jak wpływ owego podatku na wizerunek branży. Została ona po prostu napiętnowana - opalanie w solarium postawiono w jednym szeregu z paleniem papierosów, jedzeniem niezdrowych fastfoodów (nazywanych w USA junk food, czyli śmieciowym jedzeniem) i słodzonymi napojami nafaszerowanymi ekstremalnie niezdrową ilością cukru. Ten cios w wizerunek branży jest najbardziej dotkliwy.

 
Co będzie następne? - pytają twórcy strony www.repealtantax.com – Czy te same grupy nacisku skłonią rząd do opodatkowania wszystkich którzy chodzą na plażę i dotowania środków zawierających filtry UV? 


 Strona o której mowa została stworzona przez ITA i za jej pośrednictwem można protestować przeciwko nowemu podatkowi. Czytamy tam między innymi:
 

Pośpiech z jakim wprowadzano reformę zdrowotną oraz naciski ze strony określonych grup, wspieranych przez Amerykańską Akademię Dermatologii doprowadziły do wprowadzenia 10% podatku od opalania w solarium. Ten podatek został wprowadzony z pominięciem wszelkich norm ustawodawczych i pogwałceniem normalnego procesu legislacyjnego dla tego typu ustaw. Uderzy on w tysiące gospodarstw domowych, głównie zaś w pracujące kobiety z klasy średniej.

 

 Twórcy strony zachęcają wszystkich do wysyłania e-maili z protestami do polityków reprezentujących ich w Kongresie, licząc na to że powszechna akcja społeczna zmusi ustawodawców do zrewidowania swojego punktu widzenia w tej kwestii. Warto w tym miejscu przypomnieć, że w USA wg różnych szacunków funkcjonuje 18 – 20 tys. salonów, a w całym sektorze zatrudnionych jest ok. 140 tys. ludzi.

 

Nie tylko branża…

 

 Branża solaryjna to nie jedyne środowisko zgłaszające zastrzeżenia do nowego rozwiązania. Protesty słychać również z innych stron. Przeciwnicy polityczni Obamy przypominają, że podczas kampanii wyborczej obiecywał iż za jego rządów żaden nowy podatek nie dotknie osób z klasy średniej - zarabiających mniej niż 250 tys. dolarów rocznie. Wynika z tego, że każdy kto korzysta z usług salonów solaryjnych to prawdziwy bogacz -  słychać sarkastyczne głosy. Krytyka płynie również ze strony organizacji monitorujących politykę fiskalną państwa i sprzeciwiających się zaostrzaniu przepisów w tej kwestii. Można tu przytoczyć zamieszczoną na stronach CNN opinię Natashy Altamirano  z niezależnej organizacji Tax Foundation:
 

Branża solaryjna to najnowsza ofiara rządowego paternalizmu (…) Desperackie poszukiwania źródeł finansowania nowej reformy doprowadziły do wytypowania branży najbardziej podatnej na społeczną krytykę i jednocześnie wystarczająco słabej by skutecznie obronić się przed dodatkowym obciążeniem (…)

 Warto zauważyć, że obciążenie jednej branży jest zbawieniem dla innej – to czego nie zdobędziesz w solarium, znajdziesz w tubce (…)

 Nowy podatek uderzy przede wszystkim w małe salony – jest ich około 18 000 w skali krajowej. To stosunkowo niewielkie przedsiębiorstwa, prowadzone przeważnie przez kobiety. Warto również zauważyć, że wszelkiego rodzaju punkty takie jak kluby fitness czy salony spa, gdzie opalanie jest dodatkową usługą, są z tego podatku zwolnione. Tym samym rząd swoją polityką fiskalną dzieli usługodawców na lepszych i gorszych, mimo że świadczą dokładnie te same usługi. Jeśli ustawodawca chciałby być konsekwentny powinien objąć podatkiem wszystkie punkty w których naświetla się ludzi promieniami UV – również ośrodki medyczne.

 

 Warto zauważyć, że w tych oficjalnych wypowiedziach bardzo często pojawia się problem kobiet jako najbardziej poszkodowanych przez nowe rozwiązanie fiskalne. Kobiety stanowią większość zarówno wśród właścicieli jak i klientów salonów solaryjnych. Stąd właśnie określenie  „rządowy paternalizm” Co ciekawe – właśnie ten argument, o uderzeniu w „kobiecą klasę średnią” był bardzo mocno forsowany przez lobbystów walczących z projektem podatku kosmetycznego, wspominanego już „botaxu” i w kraju który ma lekką  obsesję na punkcie równouprawnienia i poprawności politycznej okazał się skuteczny. Przy okazji podatku od opalania cały czas wspomina się również o aspekcie rasowym, przypominając że osoby rasy innej niż biała to margines klienteli salonów solaryjnych, a prezydent (czyli osoba jakby nie było firmująca swoją twarzą nowe rozwiązanie) jest czarny. Ten ostatni argument pojawia się wyłącznie w bardzo nieoficjalnych komentarzach, choć trudno się oprzeć wrażeniu, że gdyby poszkodowani mieli być Afroamerykanie (na przykład opodatkowano by prostowanie włosów w salonach fryzjerskich), byłby argumentem głównym.

 

O co chodzi?

 

 Kiedy przyjrzymy się faktom, nie sposób nie zadać pytania: „o co w tym wszystkim chodzi?” O zdrowie społeczeństwa? O finansowanie nowej reformy? Przecież niecałe 3 miliardy wobec niecałego biliona to kropla w morzu potrzeb, można było znacznie większe fundusze znaleźć w wielu innych miejscach. Czyli nie chodzi o pieniądze? Przecież kiedy nie wiadomo o co chodzi to z reguły chodzi o pieniądze…

 Bo faktycznie o nie chodzi. Ale nie o te potrzebne na finansowanie reformy, tylko o inne, znacznie, znacznie większe. Jak już wspomniane zostało na wstępie – gra idzie o pieniądze zarabiane przez branżę kosmetyczną i środowisko dermatologów. Te grupy nacisku zyskały na całej tej aferze najwięcej. Budżet USA dostał w tej sytuacji zwyczajne ochłapy. Podatek i cała akcja związana z jego wprowadzeniem to chyba najcelniejszy cios jaki można było wymierzyć w opalanie w ogóle. Tu nikt nie będzie się zastanawiał głębiej czy chodzi o opalanie w solarium, czy nie. To bardzo czytelny sygnał wysłany do społeczeństwa: „opalanie to zło”. A co jest alternatywą dla opalana? Kosmetyka. Co chroni przed opalaniem? Kosmetyki. „To czego nie zdobędziesz w solarium, znajdziesz w tubce” – to hasło powinno być swoistą preambułą nowej ustawy. Drugi bardzo ważny efekt to ciągłe nakręcanie spirali strachu przed rakiem skóry – co napędza z kolei klientów klinikom dermatologicznym, zarabiającym potężne pieniądze na usuwaniu zmian, które z reguły nie mają nic wspólnego z rakiem. O tym nadużyciu piszemy więcej w publikacji „Na strachu można zarobić”
 
Nie ma tego złego?

 

 Paradoksalnie, brak konsekwencji w przepisach dotyczących nowego podatku może stać się swego rodzaju szansą dla amerykańskiej branży solaryjnej – i nie chodzi tu nawet o ucieczkę przed samym podatkiem, tylko o diametralną zmianę jej wizerunku. W myśl ustawy, z podatku zwolnione są takie punkty jak siłownie, centra fitness czy gabinety medyczne, które używają urządzeń opalających do fototerapii, poprawy kondycji skóry, czy walki z sezonowymi wahaniami nastroju.  To chyba dość czytelna podpowiedź w którym kierunku powinna pójść branża. Po prostu – salony solaryjne muszą jak najszybciej przekształcić się we wspomniane salony odnowy, fitness kluby, czy nawet centra medyczne i oferować opalanie jako „usługę dodatkową”, albo wręcz zrezygnować ze słowa „opalanie” na rzecz fototerapii, helioterapii itp… Na ile jest to wykonalne biorąc pod uwagę federalne i stanowe prawo w USA – ciężko stwierdzić. Furtka jednak istnieje, pytanie czy branżowcy amerykańscy z niej skorzystają i na ile masowe będzie to zjawisko. Żeby ten sposób odniósł trwały skutek, a nie był tylko jednorazową formą ucieczki przed podatkiem (i wiążącym się z nim złym wizerunkiem) branża ta musi faktycznie przejść reformę i udowodnić społeczeństwu że potrafi zadbać o zdrowie klientów, nie szkodząc im jednocześnie.

Źródła:
www.edition.cnn.com
www.ajc.com
www.repealtantax.com
www.unionleader.com


Tematy: