opalaniesolariumo nasksięga gościwspółpracanapisz do naskontakt

Na strachu przed rakiem można zarobić!

Jednym z najważniejszych powodów skuteczności kampanii antysłonecznych jest fakt, że są wspierane autorytetem medycznym lekarzy dermatologów i zrzeszających ich organizacji. To dermatolodzy ostrzegają przed „zabójczym” słońcem i śmiercionośnym solarium, doradzają stosowanie kremów z filtrami… Niemal nikt nie ma wątpliwości co do czystości intencji takich działań. W powszechnej świadomości dermatolodzy nie mają w tym żadnego interesu, a etos zawodu lekarza wyklucza kompletnie jakiekolwiek podejrzenia pod ich adresem. Kiedy mowa jest o głównych beneficjentach antysłonecznej nagonki, najczęściej wymieniana jest branża kosmetyczna – przede wszystkim wszelkiego rodzaju producenci preparatów z filtrami. Jednak okazuje się, że (przynajmniej w Stanach Zjednoczonych) sprawa jest bardziej złożona i – nie bójmy się tego słowa – niemoralna. I to bardzo. Ale zwykle tak bywa, kiedy w grę wchodzą pieniądze, i to niemałe.


 


 Przyzwyczailiśmy się w naszym kraju do wszelkiego rodzaju patologii związanych ze służbą zdrowia. Jako ich główny powód uważało się zawsze fakt, że służba zdrowia w naszym kraju jest publiczna, a publiczne pieniądze wyłudza się i marnuje najłatwiej. Okazuje się jednak, że nadużycia w tej kwestii nie są domeną wyłącznie systemów opartych na finansowaniu leczenia obywateli z pieniędzy budżetowych i obowiązkowych ubezpieczeń zdrowotnych. Problem ten dotyka również tak „korupcjoodpornych”, zdawałoby się, systemów jak amerykański – oparty na prywatnych ubezpieczeniach. I w jednej z głównych ról występuje tu dobrze znany nam rak skóry.

 

Rekordowa wykrywalność
 
 Na początek mała ciekawostka statystyczna: Stany Zjednoczone zamieszkuje ok. 5% światowej populacji, natomiast to właśnie tam wykrywa się 52% przypadków czerniaka. Wg danych Amerykańskiego Towarzystwa Badań nad Rakiem w jednym roku w USA zdiagnozowano 68 720 przypadków raka skóry, podczas gdy w skali światowej wg Światowej Organizacji Zdrowia (WHO – World Health Organization) przypadków tych było 132 000.


 W maju 2010 roku w czasopiśmie „Journal of the National Cancer Institute” opublikowano wyniki badań, które wykazują, że czerniak jest jednym z pięciu nowotworów zbyt często diagnozowanych przez lekarzy. Badający problem wykazali, że mimo iż lekarze usuwają coraz więcej zmian skórnych, śmiertelność nie zmieniła się od 1975 roku – od kiedy firmy ubezpieczeniowe płacą za tego typu zabiegi. W podobnym tonie wypowiedzieli się w zeszłym roku naukowcy na łamach „British Journal of Dermatology”. Ich zdaniem częstotliwość zachorowań na raka skóry wzrasta wyłącznie w statystykach, które nie mają odzwierciedlenia w rzeczywistości. Po prostu dermatolodzy usuwają coraz więcej zmian skórnych, które w rzeczywistości nie są kancerogenne, natomiast zakwalifikowanie ich jak potencjalnie niebezpiecznych umożliwia sfinansowanie zabiegów z pieniędzy ubezpieczyciela.
 

Proceder ten jest dość powszechny. Czasami cała akcja odbywa się w porozumieniu z samym pacjentem, czasami bez jego wiedzy.

 

Jak to działa

 

 Wszelkiego rodzaju znamiona i pieprzyki na ciele nie są czymś szczególnie estetycznym – i wiele ludzi decyduje się na ich usunięcie. Jednak zabieg taki po prostu kosztuje, i to niemało. Jeśli znamiona nie są niebezpieczne, nie można takiego zabiegu zakwalifikować jako operacji medycznej i finansować go z ubezpieczenia. Co innego, jeśli znamiona zakwalifikuje się jako potencjalnie niebezpieczne, początkową fazę raka… Wtedy nie mamy już do czynienia z zabiegiem kosmetycznym, tylko walką z groźną chorobą – a to już jak najbardziej podlega finansowaniu z ubezpieczenia zdrowotnego. Proste? Oczywiście, że tak. Zyskuje pacjent – ma zabieg kosmetyczny za darmo. Zyskuje lekarz – za badania i zabieg płaci mu firma ubezpieczeniowa i nie są to małe pieniądze.


Bywa również, że pacjent przychodzi nie tyle z zamiarem kosmetycznego usunięcia znamion, tylko autentycznie przestraszony. Karmiony informacjami o „śmiertelnym niebezpieczeństwie”, w każdym pieprzyku rozpoznaje raka i z paniką pojawia się u dermatologa. Ten z kolei, kierowany bardzo różnymi pobudkami, wykorzystuje tę panikę i… zarabia.


Czasami cały proceder odbywa się bez wiedzy pacjenta. – „Oooo, ma pan/pani tu niebezpieczne znamiona, to może być początkowe stadium raka skóry” – słyszy przerażony pacjent, który zgłosił się do lekarza z zupełnie innym problemem. Następnie jest kierowany na dodatkowe badania, które oczywiście wykazują to, co mają wykazać (i za które płaci ubezpieczenie), potem na zabieg operacyjny (znów finansowany z polisy). Zyskuje znowu lekarz, pacjent traci niewiele – nie są to przecież niebezpieczne zabiegi, wręcz przeciwnie. Można nawet powiedzieć, że zyskuje, bo usuwane są nieestetyczne znamiona, a poza tym ma poczucie, że wymknął się śmierci i pogrzeb go ominął. Traci znowu ubezpieczyciel, ale kto by się tym przejmował…

 

Wygodny proceder


 Problem leczenia fikcyjnych chorób nie dotyczy oczywiście wyłącznie raka skóry. Podobne „przewały” zdarzają się i w innych specjalnościach, głośno było choćby o fikcyjnych aborcjach, likwidowaniu nieistniejących problemów ginekologicznych i innych operacjach… Jednak tu nieuczciwi lekarze nie mają lekko – sfingowanie poważnego schorzenia wymaga nieco zachodu już na etapie wykrycia, nie mówiąc już o zaaranżowaniu procesu leczenia czy nawet operacji w taki sposób, by pacjentowi nie zaszkodzić i by cała sprawa nie wyszła na jaw. Natomiast dermatolodzy mają w tej kwestii ogromnie ułatwione zadanie. Znamiona ma właściwie każdy, mniejsze lub większe, te niebezpieczne od bezpiecznych są dla laika czasem nie do odróżnienia, a przy takiej medialnej histerii wokół opalania i raka skóry bardzo łatwo jest manipulować zarówno pacjentami, jak i firmami ubezpieczeniowymi. W kobiecych czasopismach non stop niemal pojawiają się informacje, by nie lekceważyć żadnej plamki, pieprzyka czy znamienia. No i wreszcie tu nie trzeba fingować operacji czy też zabiegów – faktycznie się je wykonuje, a to, że w rzeczywistości mają charakter wyłącznie kosmetyczny, a nie medyczny, pozostaje tajemnicą pacjenta i dermatologa bądź wyłącznie tego ostatniego. I jeśli dermatolog nie będzie zbyt pazerny i nie przesadzi z „wykrywalnością” raka czy znamion potencjalnie kancerogennych – może w ten sposób dorabiać długo, owocnie i bezkarnie.
 

Niektórzy w swojej pazerności zapędzili się jednak zbyt daleko. W USA na przestrzeni kilku ostatnich lat co najmniej kilkunastu dermatologów trafiło do więzień za defraudacje i wyłudzenia pieniędzy z ubezpieczeń. Chodziło zarówno o nieuzasadnione testy, jak i operacje. Rekordzista, dr Michael Rosin, kierował na biopsję ok. 90% swoich pacjentów i u wszystkich „wykrywał” raka skóry wymagającego operacji. Przeprowadzając je, wyłudził z ubezpieczeń zdrowotnych ok. 3 milionów dolarów. Wyrokiem sądu trafił za kratki na 22 lata, musiał też zwrócić wszystkie wyłudzone od pacjentów i firm ubezpieczeniowych pieniądze.

Innym znanym przykładem był dr Robert Stokes, który za wyłudzenie ok. 1 miliona dolarów trafił do więzienia na 10 lat. Oczywiście zarzuty finansowe nie były jedynymi, jakie sądy stawiały w tego typu przypadkach, chodziło również o narażanie zdrowia i życia pacjentów.

Mimo wszystko wykrywalność tych patologii jest marginalna. Solidarność zawodowa lekarzy nie jest wyłącznie polską specjalnością, poza tym sprawa dotyczy bardzo delikatnej sfery, jaką jest onkologia. Słowo „rak” działa jak zaklęcie i każdy, kto zechce zaatakować osoby z nim walczące, zastanowi się porządnie – czy chce się narażać na społeczne napiętnowanie.

 

Nieco droższe opalanie

 

Jest jeszcze jedna strona medalu. Gabinety dermatologiczne zarabiają nie tylko na operacjach usuwania nieistniejącego raka. Stosunkowo niezłe pieniądze zarabiają również na… opalaniu. Tak, na opalaniu. Tylko w gabinetach dermatologicznych nie nazywa się to opalanie, tylko „helioterapia” i nie chodzi o uzyskanie efektu kosmetycznego, tylko likwidację niektórych problemów skórnych – z łuszczycą czy egzemą na czele. Rzecz w tym, że zabieg „helioterapii” nie różni się od strony technicznej niczym od sesji w salonie solaryjnym. Często wykorzystywane są do tego celu dokładnie te same lampy i urządzenia, co w solariach. Różni się natomiast od strony finansowej. Po pierwsze – jest mniej więcej 10 razy droższy (ok. 100 dolarów za seans). Po drugie – może być (i z reguły jest) finansowany z ubezpieczenia medycznego. Żyła złota!
 

Oczywiście, uczciwi dermatolodzy zalecają niektórym klientom po prostu wizytę w salonie solaryjnym jako lek na ich problemy. Według danych Amerykańskiej Akademii Dermatologii na początku lat 90. rocznie wydawano niemal 900 tys. takich zaleceń, ale już w 1998 liczba ta spadła o 94% – do 53 tys. O ile wzrosła w tym czasie liczba zabiegów „helioterapii” prowadzonych w gabinetach dermatologicznych? Tego nie wiemy, ale zakładając, że utrzymała się na podobnym poziomie, to przy cenie ok. 100 dolarów za jeden zabieg uzyskujemy sumę dochodzącą do 100 milionów. Jest o co walczyć!

 

Zaciemniony obraz

 

 Jeśli szukać negatywnych aspektów całego zjawiska, przede wszystkim wskazać trzeba na szkody społeczne, jakie są skutkiem tego typu nadużyć. Chodzi o to, że poważną w końcu chorobę traktuje się tu instrumentalnie, jako narzędzie walki jednej grupy interesów przeciwko drugiej. Co więcej – działania amerykańskich organizacji dermatologicznych de facto prowadzone są w obronie totalnej patologii. Przykre jest również to, że po raz kolejny podważana jest wiarygodność środowisk, które powinny stać na straży naszego zdrowia, a pomaganie ludziom powinno być głównym motywem ich działań – i nie robi tego nikt inny, tylko same te środowiska. Te praktyki stawiają pod znakiem zapytania sensowność jakichkolwiek badań nad rakiem skóry, bo skoro mamy do czynienia z permanentnym oszukiwaniem ludzi i systemu finansowania służby zdrowia, to czy możemy liczyć na faktycznie obiektywne potraktowanie sprawy? Już teraz instytucje zajmujące się badaniem rynku leków prognozują, że zachorowalność na czerniaka może w ciągu następnych 10 lat się podwoić. I nie sposób nie zadać pytania: czy jeśli tak się stanie, będzie to rzeczywisty wzrost, czy tylko fikcyjne podbijanie statystyk służące określonym interesom? Tego niestety najprawdopodobniej się nie dowiemy.

 

Michał Domański

Źródła:


www.huffingtonpost.com
www.sptimes.com
www.heraldtribune.com
www.lifescientist.com.au
blog.mlive.com


Tematy: